TUWIMATOR

Milicjanci, demonstranci i zwykli spryciarze. Happening jak rzeczywistość…

Czwar­tek, ósmy listo­pa­da. Szkol­nym kory­ta­rzem tupie roz­krzy­cza­na gru­pa dziew­cząt. Żąda­ją jed­ne­go: „Kobie­ty na trak­to­ry!!! Kobie­ty na trak­to­ry!!!” Zaraz sobie przy­po­mi­nam, że dzi­siaj w szko­le odby­wa się hap­pe­ning zor­ga­ni­zo­wa­ny z oka­zji Obcho­dów Świę­ta Nie­pod­le­gło­ści. Jak się jesz­cze oka­że, wyda­rze­nie prze­nie­sie szko­łę w oko­li­ce koń­ca Pierw­szej Woj­ny Świa­to­wej oraz do epo­ki PRL, poka­że też, jak nasz kraj odzy­ski­wał nie­pod­le­głość w 1918 oraz 1989 roku.

Całość wyre­ży­se­ro­wa­ła Pani Gosia. Będzie gorą­co. Pamię­tam szkol­ne spek­ta­kle Pani Pro­fe­sor, na któ­rych zawsze dzia­ło się coś spek­ta­ku­lar­ne­go 🙂

Dzi­siaj jest podob­nie. Oto jed­na ze scen — cza­sy komu­ny, lud pozu­je z papie­rem klo­ze­to­wym, któ­ry był wte­dy trud­no dostęp­ny — na Pola­ka ponoć przy­pa­da­ło rocz­nie sie­dem rolek (zabaw­ne szcze­gó­ły tutaj). Ład­niej było­by powie­dzieć „papier toa­le­to­wy”, ale lud pra­cu­ją­cy PRL odwie­dzał klo­ze­ty, „toa­le­ta” koja­rzy­ła się ze schlud­no­ścią i „bur­żuj­stwem” (tro­chę prze­sa­dzam) 🙂

Papier-cud

Grup­ka robot­ni­ków, po pra­wej z przo­du roz­po­zna­ję bry­ga­dzi­stę Mate­usza. Na mój gust kom­bi­na­to­rzy, któ­rych zna każ­dy czło­wiek w potrze­bie — papier klo­ze­to­wy to cen­ny towar w bied­nym PRL, a spry­cia­rze zapew­ne wyno­szą go po cichu z pra­cy i „opy­la­ją” potrze­bu­ją­cym. Wil­li z tego nie będzie, ale może nasi spry­cia­rze doro­bią się kolek­cji winy­li?

Kombinatorzy

Zwo­len­ni­cy Par­tii i gło­wy pań­stwa, Wła­dy­sła­wa Gomuł­ki. Zado­wo­le­ni posia­da­cze papie­ru toa­le­to­we­go oraz ci, któ­rzy szcze­rze wie­rzą w sys­tem socja­li­stycz­ny. A na środ­ku u góry szczę­śli­wy mili­cjant. Chwi­la, czy to nie Mate­usz, han­dlarz papie­rem klo­ze­to­wym? Ten to się umie życio­wo usta­wić… 🙂

Zawsze z Partią

Zakład pra­cy Two­im dru­gim domem! Napis niczym żół­ta wywiesz­ka w pobli­żu prze­wo­dów wyso­kie­go napię­cia, „DOTKNIĘCIE GROZI PORAŻENIEM I ZGONEM!”. Sym­pa­tycz­ne dziew­czę­ta oczy­wi­ście w stro­jach z epo­ki.

Zakład pracy twoim domem

Zła wia­do­mość dla miło­śni­ków bim­bru: dzie­wusz­ce po lewej u góry wyra­sta z gło­wy kijek z dra­ma­tycz­nym napi­sem: Bim­ber przy­czy­ną śle­po­ty! Tak pro­pa­gan­da PRL zała­twia edu­ka­cję.

Bimber

Poli­tycz­nie kraj jest uza­leż­nio­ny od Związ­ku Radziec­kie­go. Oby­wa­te­le są kon­tro­lo­wa­ni przez pań­stwo. Dosyć…

Precz z komuną

Wła­dza nie lubi demon­stran­tów. Kogo by tu… zaha­czyć…? Kogo by tu…

Komu by tu przylać

Zaha­czo­ne…

Są ranni

Jed­no z klu­czo­wych wyda­rzeń, któ­re przy­czy­ni­ły się do powro­tu nie­pod­le­głej Pol­ski w 1989 roku — Okrą­gły Stół. Wła­dza zasia­da do roz­mów z opo­zy­cją. Klu­czo­wy moment hap­pe­nin­gu.

Okrągły Stół

Oto histo­ria pół  żar­tem, pół serio. Moim zda­niem, strzał w dzie­siąt­kę 🙂

Jak powie­dzia­ła mi Pani Gosia, do udzia­łu w hap­pe­nin­gu zgło­si­ło się oko­ło czter­dzie­stu uczniów z róż­nych klas. To świet­ny wynik, dobrze, że ludek chce się anga­żo­wać w podob­ne even­ty. Nie­pod­le­głość też nam wywal­czy­li ludzie, któ­rym — mówiąc potocz­nie — „się chcia­ło”. Cho­ciaż, oczy­wi­ście, kosz­to­wa­ło Ich to znacz­nie wię­cej. Pamię­taj­my o Nich i prze­ło­mo­wych chwi­lach w naszej histo­rii.

Pozdra­wiam Panią Gosię i uczest­ni­ków hap­pe­nin­gu, oraz wszyst­kich czy­tel­ni­ków!

51 total views, no views today

Face­bo­ok Com­ments

Destynacje i nie tylko — odpytuję Profesora z Geografii…

Na prze­ło­mie lute­go i mar­ca przy­szłe­go roku kolej­na grup­ka Tuwi­mow­ców uda się na prak­ty­ki zagra­nicz­ne w ramach pro­gra­mu Era­zmus +. Będzie tych włó­czy­ki­jów sie­dem­na­stu, a pole­cą — ni mniej, ni wię­cej — do Anglii i Hisz­pa­nii. Posta­no­wi­łem nie­co zgłę­bić ten temat w roz­mo­wie z naszym Pro­fe­so­rem od Geo­gra­fii. No cóż…, z roz­mo­wy wyszedł wywiad-mutant, w któ­rym osta­tecz­nie spo­tka­ły się bar­dzo róż­ne wąt­ki: prak­ty­ki zagra­nicz­ne, wycią­ga­nie ryb z wody i poszu­ki­wa­nie dro­gi życio­wej przez Pro­fe­so­ra — zna­czy się, Pana Jaro­sła­wa. Oto frag­men­ty roz­mo­wy:

Ja — Panie Jar­ku, jaka jest Pań­ska ulu­bio­na desty­na­cja tury­stycz­na?

Pan Jaro­sław — Biesz­cza­dy. Jesz­cze za cza­sów stu­denc­kich bar­dzo czę­sto jeź­dzi­łem w Biesz­cza­dy. Był to począ­tek lat dwu­ty­sięcz­nych. Biesz­cza­dy były wte­dy takie kame­ral­ne i wyjąt­ko­we. A że jesz­cze dodat­ko­wo jestem węd­ka­rzem, toteż na Soli­nie zawsze tam tro­chę rybek się nała­pa­ło. W roku 2016 odwie­dzi­łem Biesz­cza­dy ponow­nie, ale to już nie­ste­ty nie jest to samo. Mnó­stwo ludzi, szla­ki są zadep­ta­ne, a na Soli­nie ryba nie bie­rze… Jeże­li cho­dzi o desty­na­cję zagra­nicz­ną, to przy­znam, że lubię jakoś jeź­dzić do Gran­tham. Lubię angiel­ski, mało­mia­stecz­ko­wy styl tej miej­sco­wo­ści, etnicz­ną róż­no­rod­ność jej restau­ra­cji. Lubię tam jeź­dzić z dziec­ka­mi.

Ja — Jaką desty­na­cję wybrał­by Pan dla naszych uczniów, gdy­by moż­na było zro­bić prak­ty­ki w dowol­nym miej­scu na świe­cie?

Pan Jaro­sław — Kie­dyś powie­dzia­łem uczniom: „a… puść­my se Era­smu­sa na Male­di­wy”, i to się uczniom spodo­ba­ło. Nie­ste­ty, Male­di­wy leżą poza Unią Euro­pej­ską (na Oce­anie Indyj­skim). Islan­dia była­by cie­ka­wa, ale trze­ba zna­leźć tam hotel, pro­ble­mem jest też pięć godzin lotu i ceny na miej­scu.

Tutaj kró­ciut­kie audio 🙂

Ja — Czy wia­do­mo, ilu uczniów szko­ła wysła­ła do tej pory na prak­ty­ki zagra­nicz­ne?

P. J. — Bio­rąc pod uwa­gę wszyst­kie pro­jek­ty, lata i ludzi, któ­rzy te wyjaz­dy orga­ni­zo­wa­li, wyj­dzie ponad pię­ciu­set uczniów.

Wypuszczamy dzieciska

Niech lecą dzie­ci­ska w świat sze­ro­ki… Dokąd Tuwim jesz­cze je pośle?

Ja — Zapy­tam o desty­na­cję zawo­do­wą: jak to się sta­ło, że wybrał Pan pra­cę szkol­ne­go geo­gra­fa? Albo — mówiąc ogól­niej — nauczy­cie­la?

P. J. — Skąd geo­gra­fia?… Po ukoń­cze­niu tech­ni­kum elek­tro­nicz­ne­go w biel­skim Mecha­ni­ku zaczą­łem się roz­glą­dać za kolej­ną szko­łą. I za dziew­czy­na­mi. Spodo­ba­ła się uczen­ni­ca z Liceum nr 7 w Wapie­ni­cy (a więc z ówcze­sne­go Tuwi­ma!). Spo­ty­ka­li­śmy się tam. A gdy wybra­ła się do Kra­ko­wa stu­dio­wać geo­gra­fię, musia­łem wybrać ten sam przed­miot i mia­sto. W tech­ni­kum było bar­dzo mało geo­gra­fii, więc samo­dziel­nie doucza­łem się do egza­mi­nu wstęp­ne­go na wspo­mnia­ne stu­dia. Co zaska­ku­ją­ce — zda­łem egza­min, a dziew­czy­na nie 🙁 Takie coś się poro­bi­ło… W Kra­ko­wie już zosta­łem, polu­bi­łem geo­gra­fię… i pozna­łem moją obec­ną żonę. A skąd w moim życiu naucza­nie? Też jakoś tak dziw­nie wyszło. Mia­łem pomysł na życie: geo­gra­fia prze­strzen­na, pra­ca urzęd­ni­ka w jakiejś gmi­nie, zaj­mo­wa­nie się pla­na­mi zago­spo­da­ro­wa­nia prze­strzen­ne­go… Ale zna­jo­mi wycią­gnę­li mnie na stu­dia peda­go­gicz­ne. No chodź, posie­dzi­my tam… I tra­fi­łem na te stu­dia. Po stu­diach dosta­łem wyma­rzo­ną pra­cę w urzę­dzie, ale po trzech mie­sią­cach wie­dzia­łem, że to nie dla mnie. NIC tam się nie dzia­ło, sie­dzia­ło się tyl­ko, nuda STRASZNA. Idąc za radą zna­jo­mej zmie­ni­łem pra­cę, posze­dłem do liceum uczyć geo­gra­fii oraz… pod­staw przed­się­bior­czo­ści. W 2004 r. przy­sze­dłem do Tuwi­ma.

Ja — Jakaś recep­ta na odpo­czy­nek po dłu­gim dniu? Ryby i sie­dze­nie z węd­ką jesz­cze są?

P. J. — Teraz już rza­dziej. Zresz­tą wpraw­dzie lubię węd­ko­wa­nie na sie­dzą­co, ale spe­cja­li­zu­ję się w łowie­niu pstrą­gów poto­ko­wych. Bie­gam lub spa­ce­ru­ję wzdłuż gór­skich rzek i pró­bu­ję „wyha­czać” ryby z róż­nych miejsc. Mój rekor­do­wy pstrąg miał 57 cen­ty­me­trów. Obec­nie  zazwy­czaj łapię NO KILL, tak więc po zło­wie­niu ryb­ka wra­ca do wody… Lubię też sport, uwiel­biam oglą­dać sport… Ale czy to wypo­czy­nek? Zasia­dam przed tele­wi­zo­rem, oglą­dam i tak się stre­su­ję, że jestem szczę­śli­wy, jak już się skoń­czy.

Ja — Wie­lu uczniów zauwa­ży­ło, że cho­dzi Pan do szko­ły „w krat­kę”. Skąd ten „nałóg”?

P. J. — Krat­ka to kolor. Życie musi być kolo­ro­we! Nie powin­no być mono­ton­ne.

Pozo­stań­my z ostat­nim zda­niem Pro­fe­so­ra w gło­wach. Pozdra­wiam wszyst­kich, w tym oczy­wi­ście  Pana Jar­ka i pozo­sta­łych nauczy­cie­li, któ­rzy wła­śnie mają swo­je świę­to — życzę Im wszyst­kie­go naj­lep­sze­go w pra­cy zawo­do­wej i w życiu oso­bi­stym  🙂 🙂 🙂 🙂 🙂

 

Pod­kład muzycz­ny do mate­ria­łu audio pocho­dzi z utwo­ru Tri­bal Island, stro­na www.OurMusicBox.com, jego auto­rem jest Jay Man.

855 total views, 1 views today

Face­bo­ok Com­ments

Powrót do Epoki Lodowcowej

Począ­tek paź­dzier­ni­ka. Parę dni temu było dość zim­no, nie­któ­rzy bywal­cy Tuwi­ma sie­dzie­li w kla­sach ubra­ni w blu­zy, a nawet kurt­ki. Strój szkol­ny sta­no­wił dodat­ko­we ocie­ple­nie drżą­cych ciał, cho­ciaż zda­rza­ły się też oso­by w samych T-shir­tach z nadru­ko­wa­ny­mi pal­ma­mi — tym było chy­ba jak w tro­pi­kach. Pal­my, „wacia­ki” z bluz i kur­tek oraz kla­sycz­ne mun­dur­ki patrzy­ły zgod­nie jak odcho­dzi lato.

Na zimę jeste­śmy przy­go­to­wa­ni. Budy­nek szko­ły jest ocie­plo­ny. Nie to, co w począt­kach roku szkol­ne­go 2009–2010, gdy z sypią­ce­go się budyn­ku przy uli­cy Jaskro­wej Tuwi­mow­cy prze­nie­śli się do sypią­ce­go się gma­chu przy Fila­ro­wej. Tro­chę prze­sa­dzam, budy­nek przy Jaskro­wej raczej nie miał przed sobą przy­szło­ści — ścia­na zewnętrz­na w sali 32 rusza­ła się weso­ło, przez szcze­li­ny pew­nie dało­by się gryp­so­wać, stan cało­ści był zde­cy­do­wa­nie zły. Gmach przy Fila­ro­wej był nie tyl­ko w lep­szej loka­li­za­cji, ale i w lep­szym sta­nie — raz tyl­ko wypa­dło okno, ale resz­ta pozo­sta­ła nie­wzru­szo­na. Gorzej, że bra­ko­wa­ło sal, a sam budy­nek nie był ocie­plo­ny 🙁

W zim­niej­sze dni ucznio­wie Epo­ki Lodow­co­wej chy­ba też cho­wa­li się w „wacia­kach”.

Na szczę­ście przy­je­chał sty­ro­pian.

Ocieplamy szkołę

Wła­ści­wie przy­je­cha­ło kil­ka cię­ża­ró­wek ze sty­ro­pia­nem, a oprócz tego kopar­ka, któ­ra zaczę­ła kopać szkol­ną fosę. Tuwi­mow­cy nie­wąt­pli­wie poczu­li „jesień śre­dnio­wie­cza” i pozna­li, czym jest prze­by­wa­nie w oblę­żo­nej twier­dzy. Patrząc w okno czło­wiek dostrze­gał po dru­giej stro­nie dys­kret­ny cień cią­gną­cy za sobą po rusz­to­wa­niu płach­tę sty­ro­pia­nu. „Dzień dobry!” „A… dzień dobry…”

Ponad­to bra­ko­wa­ło sal. Kla­sy 217 i 218 dopie­ro powsta­wa­ły kosz­tem szkol­ne­go kory­ta­rza. W nie­któ­rych salach dwóch nauczy­cie­li pro­wa­dzi­ło jed­no­cze­śnie dwie lek­cje. Jeden miał biur­ko, a dru­gi krze­sło w kącie. Tabli­cę dzie­li­ło się na poło­wę, a gąb­ką ludzie Epo­ki Lodow­co­wej dzie­li­li się jak mię­sem mamu­ta. Lewym uchem uczeń pozna­wał nie­miec­ki, a pra­wym angiel­ski. Mógł sobie prze­łą­czać kana­ły. Zanim sale 217 i 218 zosta­ły ukoń­czo­ne, zda­rza­ły się nawet lek­cje na sto­łów­ce sza­cow­nej Samo­cho­dów­ki. Ucznio­wie wspo­mnia­nej szko­ły spo­ży­wa­li zupę lub kotlet, dzwo­ni­li sztuć­ca­mi o tale­rze i oma­wia­li pro­ble­my egzy­sten­cjal­ne, a Tuwi­mow­cy sie­dzie­li z boku, wdy­cha­li zapach obia­du i robi­li sobie liste­ning z angiel­skie­go. Tak angiel­ski tra­fiał przez pusty żołą­dek do ser­ca.

Dzi­siaj mamy w szkół­ce cał­kiem cie­pło, ale cywi­li­za­cja „skór i futer” nie wymar­ła. Fakt, nie­któ­rzy rze­czy­wi­ście źle zno­szą niż­szą tem­pe­ra­tu­rę, trud­no. Tyl­ko co powie­dzieć, gdy opa­tu­lo­ny ludek sie­dzi przy otwar­tym oknie? Jaki jest jego sekret — czy ma coś do ukry­cia?… 🙂

Pozdra­wiam wszyst­kich mar­z­ną­cych!

381 total views, no views today

Face­bo­ok Com­ments

22.06. Kropka na koniec dziesięciomiesięcznego zdania :)

Licz­ba obwie­dzio­na czer­wo­nym kołem w kalen­da­rzu tuż tuż. Czer­wo­ne koło ratun­ko­we… No, może nie prze­sa­dzaj­my, rok był dłu­gi, więc to oczy­wi­ste, że wszy­scy jeste­śmy nim przy­naj­mniej tro­chę zmę­cze­ni. Naj­wyż­sza pora na łapa­nie świe­żej ener­gii. Trze­ba poskła­dać się w całość, ode­tchnąć od szcze­gó­łów, odku­rzyć rower z piw­ni­cy, albo paść plac­kiem na tap­czan, się­gnąć do komór­kę i zapro­sić się do sta­rych zna­jo­mych.

Z tego co wiem, mało kto wytrzy­ma spo­kój bier­ne­go wypo­czyn­ku przez dzie­sięć tygo­dni, jakie dzie­lą nas od kolej­ne­go roz­da­nia kart. Pytam uczniów dru­giej kla­sy o ich pla­ny na waka­cje — wie­lu odpo­wia­da, że ma nagra­ną jakąś pra­cę. „Dużo będzie tej pra­cy?”. „Dwa mie­sią­ce (serio)”. „Aż tak potrze­bu­jesz kasy?”. „Tak, zbie­ram na waka­cje”…

Hamletyzyjemy

Prze­pra­szam Pana Pro­fe­so­ra za wmon­to­wa­nie Go w powyż­szy komiks i za sło­wa, któ­rych nigdy nie powie­dział 🙂 Przy­naj­mniej nie do koń­ca, gdyż — o ile się orien­tu­ję — Pro­fe­sor fak­tycz­nie pre­fe­ru­je aktyw­ny wypo­czy­nek, ma ogród i kre­ty ryją­ce tam swo­je kory­ta­rzy­ki, oraz gru­ba­śne­go Szek­spi­ra na pół­ce w gabi­ne­cie. Zdjęć uży­łem, gdyż dobrze poka­zu­ją stan ducha czło­wie­ka, któ­ry „doczła­pał się” waka­cji: ucie­chę z wol­ne­go cza­su i swo­istą trud­ność z akli­ma­ty­zo­wa­niem się do nowych warun­ków. Kto przez dzie­sięć mie­się­cy bie­gał jak zając, nie zamie­ni się tak łatwo w leni­we­go śli­mo­ka… A może się mylę? Zgo­da (prze­stań już kiwać gło­wą), tacy tak­że ist­nie­ją.

Pozdra­wiam zają­ce i śli­ma­ki. Licz­ba obwie­dzio­na czer­wo­nym kołem w kalen­da­rzu tuż tuż…

Uda­nych waka­cji!

 

474 total views, no views today

Face­bo­ok Com­ments

Tuwimowcy w rozjazdach, czyli wschodnie klimaty

Sły­sza­łem, że już paku­ją manat­ki — w przy­szłym tygo­dniu eki­pa nauczy­cie­li z Tuwi­ma wybie­ra się na trzy­dnio­wą wyciecz­kę po Roz­to­czu. Oby tyl­ko dopi­sa­ło słoń­ce. Pro­fe­sor z infor­ma­ty­ki już spraw­dzał pogo­dę, odkrył przy oka­zji, że ser­wis inter­ne­to­wy poka­zu­je Roz­to­cze gdzieś w woje­wódz­twie zachod­nio­po­mor­skim, a Zamość na Mazu­rach. Może jest kil­ka Roz­to­czy, ale Zamość — ten zabyt­ko­wy rodzy­nek — może być chy­ba tyl­ko jeden? To nie­zwy­kle cie­ka­we, że spraw­dza­jąc mapy w sie­ci Pro­fe­sor zwy­kle dosta­je inne wyni­ki niż resz­ta gro­na. Jakaś klą­twa?

Nauczy­ciel­skie wypra­wy to już tuwi­mow­ska tra­dy­cja, przy­wo­ły­wa­na co roku w ostat­nich tygo­dniach lub mie­sią­cach roku szkol­ne­go. Teraz padło na wschod­nią Pol­skę. Stam­tąd jesz­cze kil­ka­dzie­siąt kilo­me­trów i jeste­śmy na Ukra­inie — tam Tuwi­mow­cy już byli, i to dość daw­no temu. Do dziś uzna­ją tam­tą eska­pa­dę za nie­zwy­kle faj­ną przy­go­dę, więc chy­ba pozwo­li­cie, że napi­szę na ten temat kil­ka aka­pi­tów. Tym bar­dziej, że z Ukra­iną wią­żą nas nie tyl­ko miłe wspo­mnie­nia grup­ki obie­ży­świa­tów.

Zacznę od wyciecz­ki. Jeże­li wie­my, że w wyciecz­ce bra­li udział nasi geo­gra­fo­wie, to może­my być pew­ni, że wyjazd nie był zbyt „geo­gra­ficz­ny”. Była to raczej becz­ka śmie­chu. Cho­ciaż na tra­sie Lwów — Kijów poja­wia­ły się też oczy­wi­ście oka­zje do zadu­my. Na przy­kład, na cmen­ta­rzu Łycza­kow­skim.

Wyszpe­ra­łem kil­ka foto­sów. Zdję­cie 1. Pani Basia, poni­żej kozac­ki bard, po pra­wej Boh­dan Chmiel­nic­ki. Chmie­lu nie widzę, jest za to kli­ma­tycz­ny instru­ment szar­pa­ny i pięk­na pogo­da w pięk­nym kra­ju. W takich warun­kach żad­ne powsta­nie kozac­kie nie ma szan­sy. Rok pań­ski 1648 musiał być wybit­nie desz­czo­wy.

Pani Basia, kozak i Ataman

Zdję­cie 2. Bab­ki z Kijo­wa. Po pra­wej Pani Ania, zama­sko­wa­na chust­ką i oku­la­ra­mi, obok Panie Gabry­sia i Jasia z daw­nej admi­ni­stra­cji Tuwi­ma. Tri matriosz­ki 🙂

Kijowskie Diewoczki

Zdję­cie 3. Anio­ło­wie i Che­ru­bin­ki w kra­ju ikon i pra­wo­sław­nych klasz­to­rów.

Aniołowie i Cherubinki

Jak wspo­mnia­łem, Ukra­ina to dla Tuwi­ma nie tyl­ko ład­ne zdję­cia w albu­mie. Po pierw­sze, to oso­ba Pani Nata­szy, któ­ra przez sze­reg lat uczy­ła młod­szych Tuwi­mow­ców języ­ka angiel­skie­go. Nasi daw­ni absol­wen­ci na pew­no dosko­na­le pamię­ta­ją Panią Nata­szę, któ­ra była nauczy­cie­lem wyma­ga­ją­cym, ale przy tym życz­li­wym, wno­szą­cym w szkol­ne życie dużo spo­ko­ju, roz­wa­gi i opa­no­wa­nia. Takie cechy cha­rak­te­ru muszą być dzi­siaj wybit­nie w cenie w Jej ojczy­stym kra­ju. Tym bar­dziej tam, gdzie był dom Pani Nata­szy — na wscho­dzie Ukra­iny, gdzie obec­nie rzą­dzą anta­go­ni­zmy naro­do­we i kałasz­ni­kow (albo podob­ny kawa­łek meta­lu). W zakąt­ku świa­ta, gdzie imię Wła­di­mir wywo­łu­je nie­zwy­kle skraj­ne reak­cje. Dopie­ro co czy­ta­łem, że kon­flikt zbroj­ny przy­bie­ra tam  na sile…

Zdję­cie 4. Pani Nata­sza jedzie z gru­pą na Ukra­inę. Oto spo­kój i pogo­da ducha. Nie­ste­ty nie wiem, co obec­nie u Niej sły­chać…

Pani Natasza

Z Ukra­iną wią­za­ły nas też kon­tak­ty „uczel­nia­ne”. Doko­pa­łem się tutaj do kil­ku infor­ma­cji, podam pierw­szą z brze­gu. „Wrze­sień (1995) — pię­cio­dnio­wa wizy­ta Dyrek­to­ra Zespo­łu w Bier­diań­sku na Ukra­inie, zor­ga­ni­zo­wa­na przez wła­dze mia­sta oraz Filii Poli­tech­ni­ki Łódz­kiej w Biel­sku-Bia­łej — pod­pi­sa­nie poro­zu­mie­nia o współ­pra­cy i wymia­nie mło­dzie­ży pomię­dzy Tuwi­mem, a Azow­skim Regio­nal­nym Insty­tu­tem Zarzą­dza­nia APUY”. Na pod­pi­sie spra­wa się nie zakoń­czy­ła. Mło­dzież fak­tycz­nie kur­so­wa­ła na linii Bier­diańsk — Biel­sko-Bia­ła…

Pozdra­wiam wszyst­kich, a szcze­gól­nie Panią Nata­szę, gdzie­kol­wiek obec­nie prze­by­wa!

 

 

196 total views, no views today

Face­bo­ok Com­ments

Matura, czyli wałek, placek i złe Google

Witam wszyst­kich. Chcia­łem roz­po­cząć ten wpis od zda­nia „dzi­siaj roz­po­czy­na­ją się matu­ry”, ale zdą­ży­łem wyha­mo­wać. To był­by sła­by począ­tek, drew­nia­ny, mało odkryw­czy i nud­ny jak fla­ki z ole­jem. Zamiast tego zacznę od wał­ka. I od razu przej­dę do kon­kre­tów, bo z wał­kiem moż­na tyl­ko kon­kret­nie.

Z czym koja­rzy się Wam matu­ra? Ze sto­sa­mi nota­tek, zary­wa­niem nocy, napo­ja­mi ener­ge­ty­zu­ją­cy­mi, czer­wo­ną bie­li­zną i wcho­dze­niem do sali matu­ral­nej pra­wą nogą? Przede wszyst­kim powin­na koja­rzyć się z kuch­nią. Raz dla­te­go, że mózg uczą­ce­go się wypa­da dobrze odży­wiać. Szcze­gó­ły może­cie zna­leźć w necie, na przy­kład na blo­gu stu­denc­kim Blu­eKan­ga­roo — nie jestem wpraw­dzie die­te­ty­kiem, ale zamiesz­czo­ny tam wpis brzmi sen­sow­nie, sam blog też może przy­paść do gustu, głów­nie pew­nie dziew­czę­tom. Orze­chy, bana­ny… nawet owsian­kę bym zjadł, tyl­ko łoso­sio­wi bym po wege­ta­riań­sku daro­wał. A wra­ca­jąc do kuch­ni — jeże­li nie dostrze­ga­cie związ­ków pomię­dzy kuch­nią a nauką do matu­ry, to obej­rzyj­cie poniż­szy fil­mik 🙂

Roz­luź­nia­my się. Klik…

Obie­cy­wa­łem wałek, więc był. Nie obie­cy­wa­łem hol­ly­wo­odz­kiej pro­duk­cji, więc jej nie było. Ścież­kę wideo do tego instruk­ta­żo­we­go fil­mi­ku wzią­łem z inter­ne­to­we­go por­ta­lu Pixa­bay, resz­tę doda­łem od sie­bie, cho­ciaż tekst czy­ta mi ktoś inny. W kwe­stiach kuli­nar­nych nie kon­sul­to­wa­łem się z Rober­tem Makło­wi­czem. Co gor­sza, nie kon­sul­to­wa­łem się też z naszą Panią Kasią, któ­ra dużo wie i o wał­ko­wa­niu uczniów, i o zdro­wym odży­wa­niu się. Zapo­mnia­łem.

A sko­ro już o gastro­no­mii mowa… Histo­ria matur pisem­nych w naszej szko­le dzie­li się wyraź­nie na dwa okre­sy: kanap­ko­wy i post­ny. Kanap­ki zja­da­li matu­rzy­ści w budyn­ku szko­ły na uli­cy Jaskro­wej. To były w ogó­le inne cza­sy. Wszy­scy matu­rzy­ści pisa­li na sali gim­na­stycz­nej, pano­wa­ła atmos­fe­ra jak na halo­wych roz­gryw­kach sza­cho­wych dla głu­cho­nie­mych. A dzi­siaj? Roz­bi­cie dziel­ni­co­we. Matu­rzy­ści piszą w wie­lu kla­sach, zazwy­czaj po dwu­na­stu w gru­pie. Do tego nie­raz tra­fi się uczeń w pod­ko­szul­ku, w któ­rym wła­śnie zesko­czył z desko­rol­ki. Poza tym znik­nę­ły kanap­ki — matu­rę prze­cho­dzi się na czczo i krop­ka.

Gdy­by nasza szko­ła ist­nia­ła przed woj­ną, sytu­acja była­by jesz­cze inna. Język pol­ski był­by pisa­ny przez pięć godzin zamiast nie­ca­łych trzech, wie­lu uczniów pod­cho­dzi­ło­by do egza­mi­nu z łaci­ny, a nawet gre­ki (o angiel­skim w ogó­le zapo­mnij­cie).  Zda­na matu­ra ozna­cza­ła­by dla nasze­go absol­wen­ta nie­złe pie­nią­dze w pra­cy i przy­na­leż­ność do cywi­li­za­cyj­nej eli­ty. Spójrz­my na takie­go teo­re­tycz­ne­go Józe­fa X, matu­rzy­stę z Tuwi­ma, ufor­mo­wa­ne­go filo­zo­ficz­nie i lite­rac­ko przez Pro­fe­so­ra Pio­tra, wyedu­ko­wa­ne­go z łaci­ny przez Pro­fe­sor Wie­się. Jesz­cze przed trzy­dziest­ką Józef  sia­dy­wał­by sobie w wikli­no­wym fote­lu przed restau­ra­cy­ją, palił cyga­ro i od cza­su do cza­su odpo­wia­dał prze­chod­niom na czo­ło­bit­ne „dzień dobry, psze pana”. No cóż, wie­dza Józe­fa była­by w cenie, osta­tecz­nie przed woj­ną nie było Inter­ne­tu i Google’a.

Taka jest praw­da. Dwie używ­ki dozwo­lo­ne pra­wem — Google i Inter­net — bry­lu­ją na salo­nach i w naszych domach, wie­dza zawar­ta w gło­wie stra­ci­ła na zna­cze­niu. Wszyst­ko moż­na sobie wygo­oglać, nawet infor­ma­cje o tym, że Zie­mia jest pła­ska, a angiel­ska kró­lo­wa to tak napraw­dę zmien­no­kształt­ny kosmi­ta, tzw. Rep­ti­lia­nin  🙁

Zostaw­my smut­ne tema­ty… Zapra­szam do kuch­ni. Bez wał­ka.

385 total views, 1 views today

Face­bo­ok Com­ments