Kronika szkolna

Matura, czyli wałek, placek i złe Google

Witam wszyst­kich. Chcia­łem roz­po­cząć ten wpis od zda­nia „dzi­siaj roz­po­czy­na­ją się matu­ry”, ale zdą­ży­łem wyha­mo­wać. To był­by sła­by począ­tek, drew­nia­ny, mało odkryw­czy i nud­ny jak fla­ki z ole­jem. Zamiast tego zacznę od wał­ka. I od razu przej­dę do kon­kre­tów, bo z wał­kiem moż­na tyl­ko kon­kret­nie.

Z czym koja­rzy się Wam matu­ra? Ze sto­sa­mi nota­tek, zary­wa­niem nocy, napo­ja­mi ener­ge­ty­zu­ją­cy­mi, czer­wo­ną bie­li­zną i wcho­dze­niem do sali matu­ral­nej pra­wą nogą? Przede wszyst­kim powin­na koja­rzyć się z kuch­nią. Raz dla­te­go, że mózg uczą­ce­go się wypa­da dobrze odży­wiać. Szcze­gó­ły może­cie zna­leźć w necie, na przy­kład na blo­gu stu­denc­kim Blu­eKan­ga­roo — nie jestem wpraw­dzie die­te­ty­kiem, ale zamiesz­czo­ny tam wpis brzmi sen­sow­nie, sam blog też może przy­paść do gustu, głów­nie pew­nie dziew­czę­tom. Orze­chy, bana­ny… nawet owsian­kę bym zjadł, tyl­ko łoso­sio­wi bym po wege­ta­riań­sku daro­wał. A wra­ca­jąc do kuch­ni — jeże­li nie dostrze­ga­cie związ­ków pomię­dzy kuch­nią a nauką do matu­ry, to obej­rzyj­cie poniż­szy fil­mik 🙂

Roz­luź­nia­my się. Klik…

Obie­cy­wa­łem wałek, więc był. Nie obie­cy­wa­łem hol­ly­wo­odz­kiej pro­duk­cji, więc jej nie było. Ścież­kę wideo do tego instruk­ta­żo­we­go fil­mi­ku wzią­łem z inter­ne­to­we­go por­ta­lu Pixa­bay, resz­tę doda­łem od sie­bie, cho­ciaż tekst czy­ta mi ktoś inny. W kwe­stiach kuli­nar­nych nie kon­sul­to­wa­łem się z Rober­tem Makło­wi­czem. Co gor­sza, nie kon­sul­to­wa­łem się też z naszą Panią Kasią, któ­ra dużo wie i o wał­ko­wa­niu uczniów, i o zdro­wym odży­wa­niu się. Zapo­mnia­łem.

A sko­ro już o gastro­no­mii mowa… Histo­ria matur pisem­nych w naszej szko­le dzie­li się wyraź­nie na dwa okre­sy: kanap­ko­wy i post­ny. Kanap­ki zja­da­li matu­rzy­ści w budyn­ku szko­ły na uli­cy Jaskro­wej. To były w ogó­le inne cza­sy. Wszy­scy matu­rzy­ści pisa­li na sali gim­na­stycz­nej, pano­wa­ła atmos­fe­ra jak na halo­wych roz­gryw­kach sza­cho­wych dla głu­cho­nie­mych. A dzi­siaj? Roz­bi­cie dziel­ni­co­we. Matu­rzy­ści piszą w wie­lu kla­sach, zazwy­czaj po dwu­na­stu w gru­pie. Do tego nie­raz tra­fi się uczeń w pod­ko­szul­ku, w któ­rym wła­śnie zesko­czył z desko­rol­ki. Poza tym znik­nę­ły kanap­ki — matu­rę prze­cho­dzi się na czczo i krop­ka.

Gdy­by nasza szko­ła ist­nia­ła przed woj­ną, sytu­acja była­by jesz­cze inna. Język pol­ski był­by pisa­ny przez pięć godzin zamiast nie­ca­łych trzech, wie­lu uczniów pod­cho­dzi­ło­by do egza­mi­nu z łaci­ny, a nawet gre­ki (o angiel­skim w ogó­le zapo­mnij­cie).  Zda­na matu­ra ozna­cza­ła­by dla nasze­go absol­wen­ta nie­złe pie­nią­dze w pra­cy i przy­na­leż­ność do cywi­li­za­cyj­nej eli­ty. Spójrz­my na takie­go teo­re­tycz­ne­go Józe­fa X, matu­rzy­stę z Tuwi­ma, ufor­mo­wa­ne­go filo­zo­ficz­nie i lite­rac­ko przez Pro­fe­so­ra Pio­tra, wyedu­ko­wa­ne­go z łaci­ny przez Pro­fe­sor Wie­się. Jesz­cze przed trzy­dziest­ką Józef  sia­dy­wał­by sobie w wikli­no­wym fote­lu przed restau­ra­cy­ją, palił cyga­ro i od cza­su do cza­su odpo­wia­dał prze­chod­niom na czo­ło­bit­ne „dzień dobry, psze pana”. No cóż, wie­dza Józe­fa była­by w cenie, osta­tecz­nie przed woj­ną nie było Inter­ne­tu i Google’a.

Taka jest praw­da. Dwie używ­ki dozwo­lo­ne pra­wem — Google i Inter­net — bry­lu­ją na salo­nach i w naszych domach, wie­dza zawar­ta w gło­wie stra­ci­ła na zna­cze­niu. Wszyst­ko moż­na sobie wygo­oglać, nawet infor­ma­cje o tym, że Zie­mia jest pła­ska, a angiel­ska kró­lo­wa to tak napraw­dę zmien­no­kształt­ny kosmi­ta, tzw. Rep­ti­lia­nin  🙁

Zostaw­my smut­ne tema­ty… Zapra­szam do kuch­ni. Bez wał­ka.

242 total views, 1 views today

Łubu-dubu retro!

Łubu-dubu! Szast prast! Minął tydzień, mamy week­end, czas na odpo­czy­nek i małe łubu-dubu. Tym bar­dziej, że pogo­da nie wypę­dza na dwór. Zapra­szam na wir­tu­al­ną impre­zę, a wła­ści­wie od razu na dwie (chwi­la, pro­szę jesz­cze nie wcho­dzić na par­kiet! Dopie­ro umy­li i wypo­le­ro­wa­li, moż­na zali­czyć gwał­tow­ne łub-dub ze zmia­ną pozy­cji z pro­sto­pa­dłej na rów­no­le­głą do pod­ło­gi, jesz­cze chwi­lę posiedź­my).

Kil­ka­na­ście dni temu nasi matu­rzy­ści ode­bra­li od foto­gra­fa swo­je zdję­cia ze stud­niów­ki. Jak moż­na było ocze­ki­wać, fot­ki wzbu­dzi­ły wśród uczniów gwał­tow­ne oży­wie­nie i weso­łość — osta­tecz­nie, stud­niów­ka jest tyl­ko raz, a par­kiet przy­cią­ga jak magnes, nawet jeże­li poja­wia się tyl­ko na zdję­ciu. Pomy­śla­łem wte­dy, że poszu­kam fotek z imprez, na któ­rych Tuwi­mow­cy poja­wia­li się w prze­szło­ści. Zna­la­zło się kil­ka… z udzia­łem naszych nauczy­cie­li… Przy czym foto­sy zro­bio­no na „taj­nych” impre­zach gro­na peda­go­gicz­ne­go.

Pstryk! i igła na krą­żek. DJ roz­krę­ca winyl.

Impre­za w kli­ma­cie lat sześć­dzie­sią­tych,  prze­tań­czo­na pod koniec lat dzie­więć­dzie­sią­tych XX wie­ku. Pozna­je­cie tych Panów? Chy­ba zabra­li się za zor­bę, nie mylić z zor­bin­giem 🙂

Elvis wiecz­nie żywy? Boko­bro­dy by się zga­dza­ły, ale opa­ska na czo­le i wzo­ry na koszu­lach wska­zu­ją na sub­kul­tu­rę hipi­sów. (Panie Dyrek­to­rze, nikt Pana tutaj nie roz­po­zna, pro­szę być spo­koj­nym…)

A teraz kolej­na sce­na. Sły­chać gwizd bacy. Karcz­ma w Beski­dach, począt­ki XXI wie­ku, cia­ło peda­go­gicz­ne (kto wymy­śla takie wyra­zy?) odkry­wa swo­je dru­gie „ja”. Inspi­ra­cja nad­cho­dzi z pod­ło­gi.

Kolej­na sce­na z karcz­my. Pro­fe­sor jesz­cze bez musz­ki, za to z czu­pry­ną. Tań­czy z naszą byłą Panią Wice­dy­rek­tor.

I jesz­cze jeden kli­ma­tycz­ny duet. Czu­pur­ny Pazur wabi swo­ją sym­pa­tycz­ną towa­rzysz­kę. Chy­ba sku­tecz­nie.

Ostat­nie uję­cie z zaba­wy. Szko­da, że nie sły­chać, o czym Pano­wie roz­ma­wia­ją, w każ­dym razie z pew­no­ścią gro­zi im nad­ci­śnie­nie 🙂 Pani Jola znaj­du­je się bli­żej, i chy­ba też nie sły­szy.

Już póź­no. Mem­bra­ny gło­śni­ków dziu­ra­we, baca każe się zabie­rać. Może jesz­cze kie­dyś wró­ci­my na par­kiet? Zbio­ry blo­go­te­ki stop­nio­wo się powięk­sza­ją, może poja­wią się kolej­ne cie­ka­we mate­ria­ły. Osta­tecz­nie, wciąż jesz­cze nie wypły­nę­ły zdję­cia uka­zu­ją­ce efek­tow­ną cho­re­ogra­fię Pro­fe­so­ra Sto­ec­ke­ra, włącz­nie ze słyn­nym wkrę­ca­niem pię­ty w par­kiet a la „gasze­nie papie­ro­sa”. Mam nadzie­ję, że ktoś takie trzy­ma w swo­im albu­mie. Może się podzie­li?

Pozdra­wiam wiel­bi­cie­li rock’n rol­la i góral­skich kapel. Łubu-dubu!

596 total views, 2 views today

Pani Marysia na bis

Witam wszyst­kich, któ­rzy zde­cy­do­wa­li się tro­chę popsuć swój wzrok przed ekra­nem. Dzi­siej­szy wpis będzie dość krót­ki, ale wymow­ny — wszyst­ko za spra­wą mate­ria­łów, któ­re nie­daw­no otrzy­ma­łem od dziew­cząt z kla­sy 3 et. To zdję­cia i fil­mik z poże­gna­nia, jakie ucznio­wie Tuwi­ma zgo­to­wa­li Pani Mary­si tuż przed Jej przej­ściem na eme­ry­tu­rę. Mate­riał sam ciśnie się do cyber­prze­strze­ni, nie będę mu w tym prze­szka­dzał. Tym bar­dziej, że do tej pory wize­ru­nek Pani Mary­si poja­wił się na tym blo­gu tyl­ko raz, i to w posta­ci kre­sków­ki.

Poże­gna­nie zapla­no­wa­no pota­jem­nie. Spi­skow­cy usta­li­li datę, godzi­nę i rodzaj poże­gnal­nych upo­min­ków (kwia­ty i „Cze­ko­la­do­we tajem­ni­ce”). Nikt się nie wyga­dał. „Byłam zasko­czo­na”, powie­dzia­ła póź­niej Pani Mary­sia, „nie mia­łam żad­nych prze­cie­ków, że ucznio­wie coś szy­ku­ją”. Chy­ba myśla­ła, że po cichu przej­dzie na eme­ry­tu­rę. Tym­cza­sem w pią­tek 26 stycz­nia wyda­rze­nia poto­czy­ły się zupeł­nie ina­czej. O wyzna­czo­nej godzi­nie na kory­tarz przy por­tier­ni wyla­ła się fala uczniów z róż­nych klas. Odśpie­wa­no „Sto lat niech nam żyje! A kto? Pani Mary­sia”, roz­le­gły się bra­wa. Gdy­by na por­tier­ni leża­ła gita­ra, pew­nie spon­ta­nicz­nie zagra­ła­by jakiś nastro­jo­wy kawa­łek… Nawia­sem mówiąc, parę dni wcze­śniej widzia­łem uczniów żegna­ją­cych się indy­wi­du­al­nie. Na tzw. misia — kto przy­tu­lał się kie­dyś do tej zabaw­ki, ten wie o czym mowa. Sam też miś­ko­wa­łem.

To naprawdę dla mnie?

26 stycz­nia Tuwi­mow­cy wysta­wi­li piąt­kę nie tyl­ko Pani Mary­si, ale też sobie samym. I chy­ba na tym wnio­sku zakoń­czę opis całe­go wyda­rze­nia. Zamiast przy­dłu­gie­go, lan­dryn­ko­we­go opi­su pro­po­nu­ję fil­mik poni­żej:

Aby odpo­wied­nio zakoń­czyć dzi­siej­szy wpis, będę potrze­bo­wał małe­go wtrę­tu histo­rycz­ne­go o Spar­ta­nach… Jak wia­do­mo, sta­ro­żyt­ni Spar­ta­nie lubi­li dzi­dy, guzy, sinia­ki i sła­be jadło, sztu­kę trak­to­wa­li po maco­sze­mu („dobra, nama­luj mi coś na ścia­nie jak już musisz, ale masz 15 minut”). Oprócz tego sły­nę­li ze zdol­no­ści do krót­kie­go i traf­ne­go wypo­wia­da­nia się. W dwóch sło­wach zamy­ka­li myśl, któ­rą Ateń­czyk Pla­ton roz­pi­sy­wał na cały trak­tat filo­zo­ficz­ny. Po co tym piszę? Po pro­stu — jeże­li kie­dyś ktoś, kto nie cho­dził do naszej szko­ły zapy­ta was, jaka była mitycz­na Pani Mary­sia, wskaż­cie mu pal­cem powyż­szy fil­mik i odpo­wiedz­cie krót­ko, po spar­tań­sku: zobacz, jak Ją poże­gna­li.

Pozdro­wie­nia 🙂 dla wszyst­kich czy­ta­ją­cych.

892 total views, 2 views today

Ostatni teledysk Pani Marysi

Ten news łup­nie Was w gło­wę jak pił­ka lekar­ska zrzu­co­na z same­go czub­ka Wie­ży Eif­fe­la. Nie spodo­ba się Wam. Otóż speł­nia się jed­na z prze­po­wied­ni Nostra­da­mu­sa dla naszej szko­ły, któ­re opu­bli­ko­wa­łem w poprzed­nim wpi­sie: Pani Mary­sia prze­cho­dzi na eme­ry­tu­rę z koń­cem bie­żą­ce­go mie­sią­ca! Nie zoba­czy­my Jej po feriach… Nie muszę wyja­śniać, jaka to fatal­na wia­do­mość dla wszyst­kich sta­łych bywal­ców Tuwi­ma. I, tak po ludz­ku, bar­dzo smut­na. Bo nie tyl­ko tra­ci­my nie­za­wod­ne­go pra­cow­ni­ka szko­ły, ale tak­że bar­dzo życz­li­wą oso­bę.

Mało kto zda­je sobie spra­wę, że Pani Mary­sia to Kolumb naszej por­tier­ni — pra­cu­je w Tuwi­mie od począt­ków szko­ły w 1991 roku. Kolej­ne gene­ra­cje uczniów poży­cza­ły u Niej szkol­ne kal­ku­la­to­ry, pinez­ki i nożycz­ki, dosta­wa­ły mun­du­rek spod lady, kse­ro­wa­ły książ­ki, kupo­wa­ły pod­ręcz­ni­ki z dru­giej ręki. Wszy­scy zna­my prze­pis na Panią Mary­się: (ener­gia2 + goto­wość do pomo­cy3 + facho­wość * ∞ (nie­skoń­czo­ność)) — L-4(≈3 dni/26 lat). A co po 31 stycz­nia? No cóż, Pani Mary­sia będzie odpo­czy­wać w domu. Cza­sem wypad­nie na dwór, może na grzyb­ki — jest spe­cja­list­ką od zbie­ra­nia grzyb­ków, wie po któ­rym jego­mo­ściu gro­żą halu­cy­na­cje lub drew­nia­ny język.

Pani Marysia przy ksero

Kil­ka dni temu  nasza Xero Hero nakrę­ci­ła swój ostat­ni tele­dysk, jak zwy­kle odważ­ny i nie­stan­dar­do­wy (pamię­ta­cie jesz­cze Jej poprzed­ni sound­track?). Popa­trz­cie i posłu­chaj­cie, nie zapo­mnij­cie przy tym pod­krę­cić gło­śno­ści. Naj­le­piej oglą­dać na komór­ce, gdyż roz­dziel­czość wideo nie powa­la na kola­na. Tytuł utwo­ru to „Kse­ro nie dzia­ła”.

Naj­star­szy film świa­ta nosi tytuł „Wyj­ście robot­ni­ków z fabry­ki”. Powstał jesz­cze w XIX wie­ku i oczy­wi­ście dale­ki jest od tech­nicz­nej dosko­na­ło­ści. To samo moż­na powie­dzieć o powyż­szym ani­mo­wa­nym tele­dy­sku. Ani­ma­cja jest krót­ka i topor­na, ruchy nie­zbyt dopra­co­wa­ne. Na szczę­ście sytu­ację ratu­je wokal Kse­ro­ko­pist­ki. Sły­szy­my śpiew­ną recy­ta­cję z epi­zo­dycz­nym dru­gim gło­sem w chó­rze (też nale­ży do Pani Mary­si, ale został sztucz­nie obni­żo­ny). Przy­to­czę począ­tek pio­sen­ki, gdyż w paru miej­scach dźwięk jest lek­ko nie­wy­raź­ny:

Przy­ci­skam, naci­skam, naci­skam, przy­ci­skam.

 

Kse­ro nie dzia­ła,

przy­ci­skam, naci­skam, naci­skam, przy­ci­skam,

poszedł kor­bo­wód. Kor­bo­wód!

 

Dziś nie ma kse­ra.

 

Kor­bo­wód!

 

Kse­ro nie dzia­ła. Ale lipa, ale lipa, ale, ale, ale…

Samo życie… Pozdra­wiam wszyst­kich. Szcze­gól­nie Panią Mary­się, któ­rej życzę porząd­ne­go odpo­czyn­ku po wie­lu latach naci­ska­nia i przy­ci­ska­nia, poży­cza­nia, roz­li­cza­nia, pra­so­wa­nia i sprze­da­wa­nia 🙂 🙂 🙂 🙂 🙂

1,098 total views, 1 views today

Gdybam sobie z Nostradamusem

No i sta­ło się. Komór­ka poka­zu­je rok 2018, przez więk­szość dni ter­mo­metr suge­ru­je przed­wio­śnie. Śnie­gu i mro­zu nie ma, a raczej jest w cało­ści na dru­giej pół­ku­li. W Inter­ne­cie wła­śnie robi furo­rę zdję­cie ośmio­let­nie­go Wan­ga z Chin, któ­ry w dro­dze do szko­ły w nie­by­wa­ły spo­sób osi­wiał ze szro­nu. Chło­pak prze­był z gołą gło­wą i na pie­cho­tę pra­wie pięć kilo­me­trów,  po czym uznał, że warun­ki na dwo­rze wca­le nie były naj­gor­sze. Ice Boy to w ogó­le twar­dy gość. Zda­je testy z mate­ma­ty­ki na 99 pro­cent, a po szko­le poma­ga bab­ci na far­mie — cie­ka­wi tej posta­ci mogą klik­nąć tutaj. Tuwi­mow­ców rok 2018 powi­tał znacz­nie łagod­niej. Nikt nie osi­wiał. Czy pogo­da przy­gwoź­dzi nas jesz­cze do kub­ka z gorą­cą her­ba­tą? Jakie w ogó­le będą kolej­ne mie­sią­ce?

Każ­de­go roku na prze­ło­mie grud­nia i stycz­nia w sie­ci oraz cza­so­pi­smach  poja­wia­ją się prze­po­wied­nie róż­nych jasno­wi­dzów-czar­no­wi­dzów. Naj­czę­ściej słyn­ne­go Nostra­da­mu­sa, ale ostat­nio tak­że pew­ne­go Pana Jac­kow­skie­go i nie­ja­kiej Baby Wan­gi (nie­spo­krew­nio­nej ze wspo­mnia­nym małym Wan­giem, nie­wi­do­mej buł­gar­skiej pro­ro­ki­ni). Cho­ciaż bywa­ją cie­ka­we, prze­po­wied­nie takich osób są obar­czo­ne dwo­ma wada­mi. Po pierw­sze, naj­czę­ściej są zawi­kła­ne. Po dru­gie, nic nie mówią o Zespo­le Szkół im. Julia­na Tuwi­ma. No cóż, przy­mruż­my oko i załóż­my, że jed­nak taki Nostra­da­mus coś o naszej szko­le napi­sał, ale kart­ka się gdzieś zapo­dzia­ła. Co by to było? Po zebra­niu kil­ku fak­tów i uru­cho­mie­niu wyobraź­ni, moż­na dość łatwo zre­kon­stru­ować treść takie­go pro­roc­twa. Sku­pia­my umysł na dru­gim seme­strze, dorzu­ca­my jesz­cze typo­wy dla jasno­wi­dzów styl wypo­wie­dzi…

…i tak powsta­je…

Zagi­nio­na prze­po­wied­nia Nostra­da­mu­sa dla Tuwi­ma

Rok 2018

 

Rok dwa tysią­ce i osiem­na­sty — oto co może i musi nadejść!

Dla set­ki zbli­ża się koniec — na sto dni przed koń­cem uczta,

przy któ­rej inne stud­niów­ki mogą scho­wać się do stud­ni.

W dru­gim mie­sią­cu trzę­sie­nie zie­mi — przy kse­ro „game over”:

eme­ryt­ką Pani Mary­sia, sia­da w płasz­czu na rower,

odtąd ryza scho­dzi pół roku, gdzie indziej grosz tra­fi -

cement na trze­cie pię­tro zmie­sza Pan z geo­gra­fii.

W mar­cu głód, skle­pik zamknię­ty, szar­pią tłu­my za klam­ki,

ucznio­wie jedzą kart­ki z zeszy­tów, zosta­ją tyl­ko ułam­ki,

a uczeń w nie­do­pię­tym mun­dur­ku star­tu­je w „Milio­ne­rach”,

Hubert knu­je na próż­no, hote­larz milion zabie­ra.

Dzie­więt­na­ste­go czwar­te­go w auli wiel­ki zjazd szla­chec­ki,

patrzą na nowe mun­dur­ki, co zdo­bią dwóch z Dyrek­cji,

ktoś gra na man­do­li­nie, wokół krą­ży taca.

W maju zaćmie­nie, do tego w zna­ku Byka — bia­da!

Maja­ki na matu­rach, na szczę­ście nikt nie pada.

Do czerw­ca nauka, potem rusza­ją pierw­sza­ki nad jezio­ra,

uczą się w trzci­nach, spać nie chcą, wokół wicher świ­sta,

Pan z infor­ma­ty­ki łapie bez­sen­ne­go anty­chry­sta,

bie­rze okład na czo­ło i gasi ogni­sko.

Wnet dwu­dzie­sty dru­gi — koniec bar­dzo bli­sko…

 

A potem to już tyl­ko nud­ne 🙂 waka­cje. Wszyst­kie­go dobre­go w Nowym Roku!

632 total views, no views today

Wariacki sezon jesienno-zimowy. Jesteśmy w środku nawałnicy

Dzi­siaj zamiesz­czam ostat­ni wpis z serii „szkol­ne sza­leń­stwa”. W poprzed­nich odcin­kach z tej serii przy­ta­cza­łem szkol­ne uwa­gi i komen­to­wa­łem inne wariac­kie nume­ry, do jakich doszło pod naszym dachem. Teraz kon­ty­nu­acja.

Zacznę ten wpis od krót­kiej powtór­ki z mete­oro­lo­gii. Jak każ­dy z nas wie, powie­trze może mieć niż­sze lub wyż­sze ciśnie­nie — kie­dy masy powie­trza o zde­cy­do­wa­nie róż­nym ciśnie­niu wcho­dzą w kon­takt, mamy do czy­nie­nia z tur­bu­len­cja­mi, a nawet kata­stro­fą. Poja­wia się burza albo trą­ba powietrz­na, docho­dzi do zawi­ro­wań, zry­wa­nia cza­pek z głów, uno­sze­nia w powie­trze. Do cze­go zmie­rzam? No cóż, mam wię­cej niż wra­że­nie, że pew­ne­go rodza­ju trą­ba powietrz­na hula obec­nie po szko­łach. Tak­że po naszej. Z jed­nej stro­ny mamy „front niskie­go ciśnie­nia”, któ­ry u nie­jed­ne­go wywo­łu­je ból gło­wy — mówię o zali­cze­niach, spraw­dzia­nach, spraw­dzia­ni­kach, uni­kach i zda­wa­niu (nie zali­czam tutaj zda­wa­nia bate­rii i kar­my dla zwie­rząt w poko­ju nauczy­ciel­skim, wyra­bia­nie takich zacho­wań raczej nie boli). Z dru­giej stro­ny mamy „front wyso­kie­go ciśnie­nia”, któ­ry już wkrót­ce zacznie domi­no­wać. Mowa oczy­wi­ście o atmos­fe­rze Świąt i pogo­dzie ducha. Dopó­ki wyż nie wygra z niżem, będzie­my mio­ta­ni przez meta­fo­rycz­ny cyklon.

Podob­no naj­lep­szym miej­scem na kry­jów­kę pod­czas cyklo­nu jest jego cen­trum, czy­li „oko”, gdzie panu­je nie­zmą­co­ny spo­kój. Jak ja bym chciał tra­fić do takie­go środ­ka trą­by powietrz­nej, do same­go epi­cen­trum! Wy pew­nie też. Nie­ste­ty już tam jestem i żad­ne­go chil­lo­utu nie znaj­du­ję…

Spraw­dzia­ny i zali­cze­nia. W sumie spraw­dzia­ny mamy od wrze­śnia, teraz nad­cho­dzą w ostat­niej fali zna­nej jako „Dzień ratun­ko­wy”. Wie­lu pomo­gą popra­wić oce­nę na koniec seme­stru, cza­sem wywo­ła­ją okrzyk nauczy­cie­la: ratun­ku! Oczy­wi­ście dla­te­go, że testy to miej­sce, gdzie moż­na odkryć pereł­ki języ­ko­we i nie­ocze­ki­wa­ne praw­dy nauko­we lub histo­rycz­ne. Część takich zna­le­zisk moż­na chy­ba przy­pi­sać zmę­cze­niu piszą­ce­go. Oto garść przy­kła­dów:

Pyta­nie: kim był Ary­sto­te­les?   Odpo­wiedź: Ary­sto­te­les był Gre­kiem. Dłu­go żył.

Pyta­nie: zna­ne ci biu­ro podró­ży?   Odpo­wiedź: Dzi­ka Baba. [A jed­nak jest takie!]

Pyta­nie: jak poin­for­mu­jesz gościa hote­lu, że masz dla nie­go wia­do­mość (po angiel­sku)?   Odpo­wiedź: I have mas­sa­ge from you [zamiast: I have a mes­sa­ge for you; zamiast wia­do­mo­ści dla gościa wychcie­wa­my (?) od nie­go masaż — co za przy­jem­na pomył­ka :)]

Star­sza pereł­ka spo­za spraw­dzia­nów, war­ta przy­to­cze­nia przy oka­zji: pod­czas roz­mo­wy z nauczy­cie­lem uczeń stwier­dza, że znaj­dzie sury­kat­kę, któ­ra uro­dzi mu dziec­ko 🙂  [Ta zgub­na sym­pa­tia do futrza­ków! Suro­gat­ki chy­ba się nie obra­żą …]

A oto spraw­dzian trze­cio­kla­si­sty, rysu­nek na odwro­cie kart­ki — tań­czą­cy chło­pek oraz koź­la głów­ka. Resz­ta stro­ny pusta — chy­ba jed­nak zmę­cze­nie?

Nad­cho­dzą­ce Świę­ta widać nie tyl­ko na spraw­dzia­nach. W kla­sach zaczy­na­ją poja­wiać się Miko­ła­jo­wie i reni­fe­ry o migo­czą­cych nosach. Nie mówię tu o halu­cy­na­cjach wywo­ła­nych przez inten­syw­ną naukę, ale fak­tycz­nych „żywych obiek­tach trój­wy­mia­ro­wych”. Bo niby co widać na zdję­ciu poni­żej, jeśli nie Miko­ła­ja z reni­fe­rem? Tyl­ko jeden dro­biazg się nie zga­dza: Miko­łaj jest bez bro­dy, a reni­fer z bro­dą.

No, chy­ba tyle na dzi­siaj. Przez naj­bliż­sze pół­to­ra tygo­dnia będzie­my pod wpły­wem psy­cho­lo­gicz­ne­go niżu i wyżu, przej­ścio­wych roz­po­go­dzeń, nawał­nic i wywo­ła­nych przez nie sta­nów lęko­wych. Potem się roz­po­go­dzi i będzie­my mogli w spo­ko­ju spę­dzić Boże Naro­dze­nie.

Pozdra­wiam wszyst­kich, a zwłasz­cza mete­oro­pa­tów.

571 total views, no views today